Poranny wyjazd morpheową "Pętlą Lubiatowską" z Samantą. Zaczęliśmy około 6:30, skończyliśmy jakoś po 9:00. ;) Pogoda dopisało. Pięknie świeciło słońce, ale nie grzało mocno, jak to rano. :)
Wycieczka została zaproponowana spontanicznie o 3:00 przez Samantę. Żaden z jej uczestników (Morph, ja, Ona) nie spał właściwie wcale w nocy. :) Morphowi propozycja została podana kilka minut po 4:00. :)
Wycieczka ruszyła o 6:00. Klimaty były niezapomniane. :) Pierw niemalże pustą drogą krajową DK94. Ani aut, ani żywej duszy. :) Potem niesamowity poniemiecki kolejowy wiadukt w Miłkowicach, tamtejsza stacja PKP, a potem powrót przez Grzymalin i Bobrów (:)) do domów. :) Było super. :) Podczas powrotu właściwie nie schodziliśmy pon. 20 km/h. :)
Łóżko to nie jest może to, o czym marzę, ale z pewnością przyda mi się kilka godzinek regeneracji. :)
Pozdrawiam Samantę i Morpha i dziękuję za wspólne, niezapomniane wrażenia, a drugiej z wymienionych osób za doskonałe pełnienie funkcji przewodnika. ;)
Żeby nie było, że mam zbyt ładne statystyki jak na mnie. Wyjazd zaproponowany przez MArcina. Początkowo jeden ze sprawniejszych rowerów stał się niezdolnym do jazdy. Śmigaliśmy pokoszarowymi terenami, ruinami, lotniskiem, a nawet przez wysokie chyba na półtorej metra chaszcze. Rozpadało się. To, na czym jechał Marcin. Poszły hamulce, zaczął się wykręcać jeden z pedałów, aż w końcu odpadła... kierownica. Marcin był na tyle odważny, żeby jechać na tym do domu. A potem zaczęło lać. Wrażenia: niezapomniane.